Leczenie COVID-19, popełniane błędy

błedy w leczeniu

Leczenie Covid-19

Nasz ekspert i autorytet naukowy prof. Tadeusz Płusa ( lekarz, specjalista chorób wewnętrznych, pulmonologii, alergologii ) wskazuje jakie są popełniane “Błędy w leczeniu COVID-19”. Mówi też o tym- czym tak naprawdę jest korona-wirus, oraz od kiedy grupa tych wirusów jest obecna w życiu człowieka. Jak powinno wyglądać leczenie Covid-19, na jakim etapie i co podawać przy pierwszych objawach choroby. Czy ustąpienie głównych objawów i tzw. wyleczenie to koniec choroby? To nie do końca jest prawda!

prof. Tadeusz Płusa

Prawda i mity

Jak wiadomo, koronawirus nie jest wynalazkiem ostatnich lat. Z człowiekiem jest związany od wielu wieków – tysięcy, a może jeszcze dłużej. Natomiast aktualny koronawirus uległ pewnym modyfikacjom, czyli używając terminologii naukowej – mutacjom. Zmienił przy tym swój charakter – już nie jest to wirus, który normalnie wywoływał tylko łagodne zakażenia, przejściowy „katarek” lub „kaszelek”. Pierwsza zmiana, jaka nastąpiła, miała miejsce w 2003 roku. Pojawiła się wtedy epidemia SARS z ciężkim zespołem niewydolności oddechowej. Wówczas jednak wirus, który powodował SARS, wywoływał objawy praktycznie tylko ze strony układu oddechowego. Nie powodował zapaleń gardła, nie było też specjalnego dyskomfortu oddechowego, związanego z górnymi drogami oddechowymi. Natomiast ten aktualny wirus powoduje zmiany zarówno w górnych drogach oddechowych, czyli w jamie nosowej i w jamie ustnej, a tą drogą także zaburzenia węchu i smaku, jak i może zająć ośrodkowy układ nerwowy. Wtedy jest to neurologiczna postać choroby. 

Jak dochodzi do zakażenia?

Koronawirus SARS-CoV-2 trafia głównie do układu oddechowego, do komórek nabłonka oddechowego, gdzie wchodzi do komórek, namnaża się i przechodzi na pozostałe narządy w całym organizmie. Średnio od kontaktu do zakażenia upływa 3 do 5 dni. Jeśli mieliśmy kontakt z osobą zakażoną, to w ciągu tych 3 do 5 dni mamy szansę, że wirus się u nas rozwinie. Oczywiście szansa ta zależy od wielu czynników. Przede wszystkim od tego, ile wirusa zaaspirowaliśmy do naszych dróg oddechowych, na ile jesteśmy sprawni, wydolni, czy nie mamy przewlekłych chorób, deficytów odpornościowych itd. Ale jeśli już mieliśmy kontakt, to nie wystarczy zgodnie z zaleceniami iść do domu. W domu przyjmować paracetamol czy ibuprofen i czekać aż przejdzie albo rozwinie się choroba. To nie jest leczenie. 

Kiedy powinniśmy reagować?

Ponieważ wiemy, że skutki niekontrolowanego wejścia wirusa SARS-CoV-2 do organizmu mogą być bardzo opłakane. Powinniśmy zdecydowanie reagować już na pierwszym etapie choroby. To, co się teraz dzieje w szpitalach, zapełnionych chorymi z pełnym już obrazem choroby, wynika z zaniechań na pierwszym etapie choroby. Z tego, że nic nie zrobiono, nie podano leków, które można było podać. Tymczasem leki są, to nieprawda że ich nie ma. W innych krajach już to sprawdzono, opublikowano, zrobiono pełne badania kliniczne i wykazano, że wirus wchodzi do komórki nabłonka przez swego rodzaju bramkę, jaką jest receptor. Łącząc się z tym miejscem receptorowym na błonie komórkowej wchodzi on do komórki. Skoro zatem jest to wejście, to logika wskazuje, że można je zablokować.

W tym celu można zastosować pochodne aminochinoliny, np. arechinę (chlorochinę). Preparaty te blokują cały receptor, uniemożliwiając wejście wirusa dalej do komórki. Również amantadyna, o której teraz coraz głośniej, a która została niedoceniona, ma podobny efekt działania. Wymaga to jeszcze potwierdzenia, ale istotnie jest to dobry lek, który sprawdził się np. w leczeniu zakażenia wirusem grypy. Bardzo dobrze się sprawdził. Niektóre mity padły, nie wszystkie. 

Czy przeciwko SARS-CoV-2 skuteczne są antybiotyki?

Kiedy wirus już wejdzie do komórki, w której zaczyna się namnażać (replikować), to logika wskazuje, że trzeba zrobić wszystko, żeby mu skutecznie w tym namnażaniu przeszkodzić. I znowu napotykamy panującą  powszechnie opinię, że antybiotyki nie hamują replikacji wirusa. To nieprawda. Są grupy antybiotyków, które mają zdolność wchodzenia do komórki − nie krążenia w osoczu, tylko wchodzenia do komórki. Tam mają zdolność blokowania replikacji białek. Ich działanie jest doskonale znane, np. azytromycyna, podawana w dużych dawkach − nie w dawkach śladowych, tylko w dużych dawkach − zabezpiecza przed replikacją wirusa. Podobnie działają niektóre chlorochiny, czy lewofloksacyna, która − również w dużych dawkach − ma zdolności hamowania replikacji wirusa. Zostało potwierdzone u szeregu chorych, że to po prostu działa. Bardzo istotna jest kwestia wyboru momentu podania leku. Lek, który zahamuje dalszą replikację wirusa musi być podany na pierwszym etapie choroby, nie później. 

Kiedy leczenie musi przebiegać w szpitalu?

Sytuacja, kiedy idziemy do domu ze świadomością, że choroba może się rozwinąć i przyjmiemy tylko lek przeciwgorączkowy (który w części może zamaskować przebieg choroby) jest jakimś rozwiązaniem w skali globalnej. Na pewno jest to leczenie tańsze, można je skonsultować teleporadą, natomiast jego efekt jest, niestety, mizerny. Już dzisiaj widzimy opłakany stan służby zdrowia, która nie jest w stanie przyjąć tych, których nie leczono. A u których rozwinęła się w pełni objawowa choroba – COVID19, czyli − rozszyfrowując skrót − coronavirus disease 19. Jeżeli już są pełne objawy choroby, to taki chory powinien być leczony w szpitalu. Dostaje tam leki, które hamują uwalnianie wirusa, ponieważ wirus, który się namnożył działa bardzo szeroko na układ odpornościowy.

Uwalnia kaskadę związków biologicznie czynnych, które prowadzą do zapalenia, do mobilizacji wszystkich komórek zapalnych. Jest to wielka skala problemu. Chorzy niedoleczeni trafiają, niestety, do szpitali. I nie ma tutaj odwrotu − jeśli chory ma pełnoobjawowe zapalenie śródmiąższowe płuc (bo ono głównie występuje), musi trafić do szpitala. Oczywiście,  są również chorzy (jest to niewielki odsetek) z objawami neurologicznymi, którzy też wymagają podania leków dożylnych hamujących replikację wirusa. Praktycznie wymagają oni, niestety, pełnej opieki inwazyjnej, czyli pełnego zabezpieczenia typu OIOM-u anestezjologicznego, ponieważ wchodzą w niewydolność oddechową. Pojawia się kwestia natlenienia, zwiększenia utlenowania, czy podłączenia respiratora. Tego w domu się nie zapewni. Czy chorzy po pobycie w szpitalu wychodzą wyleczeni? − Nie do końca tak jest. 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *